Zdjęcie ilustrujące wpis o przednówku
Agnieszka Sikora

Przednówek

Przednówek był czasem głodu i skrajnego oszczędzania zapasów, kiedy do nowych zbiorów pozostawało jeszcze wiele tygodni.

Przednówek był czasem w ciągu roku, którego my dzisiaj nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. W dobie dostępności i nadmiaru jedzenia, stan, w którym go po prostu nie ma, jest nie do pomyślenia. Jednak do XX wieku był brutalną rzeczywistością. Gdy z końcem roku zapasy żywności zaczynały się kończyć, a nowych nie było jeszcze z czego pozyskać, w oczy chłopa zaglądał głód.

Kiedy zaczynał się czas głodu? Najczęściej zbiegał się on z końcem roku kalendarzowego. Zimą, gdy dostępność pożywienia gwałtowanie spadała, konieczne było wydzielanie okrojonych porcji. Zabijano tłuste jeszcze świnie, o ile ktoś posiadał je w swoim inwentarzu, jednak bez odpowiednich warunków mięsa nie dało się długo przechowywać. Po głowach niewątpliwie chodziła pokusa zaspokojenia głodu przez wykorzystanie ziaren zbóż i innych nasion przeznaczonych na zasiew. Jeśli jednak zjemy to, co mamy zasiać, z czego będziemy żyć? Chłopów nie stać było na horacjańskie carpe diem.

Co zatem jedzono, gdy ze spiżarni wyniosły się nawet myszy i mole? Z pomocą przychodziły „boże dary”. Na przednówku chłopi zajmowali się głównie zbieractwem. Wykorzystywano młode rośliny, czyli „rośliny głodowe”, i przyrządzano z nich substytuty posiłku, „pokarmy głodowe”. Były to głównie szczaw i pędy perzu, które suszono i ucierano na „mąkę”. Nie wypiekano z niej chleba. Dodawano ją do resztek prawdziwej mąki, by zwiększyć jej objętość, albo zaciągano nią polewki gotowane z młodego szczawiu, lebiody czy pokrzyw.

Na Podhalu, w dawnym województwie krakowskim, z łobody posiekanej z innymi ziołami i zaprawionej mąką owsianą lub ziemniakami robiono potrawę zwaną warmuz. Jak zapisywano, jadano ją nie z rozkoszy, lecz z biedy. Adam Chętnik, etnograf, badacz kultury kurpiowskiej i założyciel Muzeum-Skansen Kurpiowski im. Adama Chętnika w Nowogrodzie, pisał z kolei o dzikim szczawiu, z którego gotowano zupę bez okrasy. Taka potrawa miała po prostu „osukiwać głód”.

Jak jeszcze oszukiwano głód? Jedzono raz dziennie. Przesypiano śniadanie, budzono się na skromny obiad i następnie wcześnie, razem z kurami, udawano się na spoczynek. W takim trybie przetrwania pomagały długie noce, a duchowo także okres wielkiego postu, pokrywający się częściowo z przednówkiem.

Wielkanocy czekano z nadzieją i perspektywą kończącego się głodu. Do dziś można spotkać się z powiedzeniem: “Cieszy się starzec, że przeżył marzec”. Już w marcu można było zacząć siew i, z nadzieją na urodzaj, wyczekiwać zbiorów.